Oh oh jestem taka podekscytowana! Głównie dlatego, że to pierwszy Share Week, w którym biorę udział. Poprzednie edycje obserwowałam z boku, bo, no cóż, Share Week to akcja dla blogerów, a ciężko być blogerką bez bloga. Dziś przychodzę podzielić się z Tobą moimi trzema ulubionymi blogami. Tak naprawdę mam ich więcej, ale zasady mówią wyraźnie o trzech, a reguły są po to, żeby się ich trzymać!

Share Week - co to właściwie jest?


Share Week to jedyna akcja, w której blogerzy polecają innych blogerów. Można powiedzieć, że Andrzej Tucholski to największy troll polskiej blogosfery, bo wyobrażasz sobie, żeby przedstawicielom jakiejkolwiek innej branży kazać polecać swoją konkurencję? Oczywiście mówię to tak trochę żartem, bo jeśli o blogi chodzi, to mam wrażenie, że wszyscy jesteśmy jedną społecznością i o jakiejkolwiek konkurencji czy rywalizacji nie ma tu mowy. O dokładnych zasadach Share Weeka możesz przeczytać w tym wpisie u Andrzeja, tak więc przejdźmy już do moich poleceń.

Czym kierowałam się przy wyborze?


Tak naprawdę nie miałam żadnych szczególnych kryteriów. Są to po prostu blogi, które czytam i polecam. Za każdym z tych blogów stoi oczywiście żywa osoba, a z każdą z nich albo się w jakiś sposób utożsamiam albo pozwala mi spojrzeć inaczej na świat albo jeszcze w jakiś sposób mnie inspiruje. Z resztą przy każdym z twórców możesz przeczytać, czemu wybrałam akurat go. A właściwie ją, bo wszystkie trzy polecane dziś przeze mnie blogi prowadzą kobiety!

Share Week 2019 - kogo polecam?

Riennahera



Elf Pogardy. Żona Thranduila. Kurczak Zła.

Wiesz, mogłabym się silić na opisywanie Marty i jej bloga na różne sposoby, ale kto lepiej przedstawi daną osobę niż ona sama siebie? Marta jest coraz bardziej znaną blogerką w Polsce i niby duży poradzi sobie sam, ale totalnie nie mogło jej tutaj zabraknąć. Jest to osoba, z którą mega się utożsamiam i niejednokrotnie czytając jej teksty, myślę "o matko, mam dokładnie tak samo!" albo "o jeny, dosłownie przed chwilą się nad tym zastanawiałam!", a po za tym Marta nie koloryzuje. Ukazuje rzeczy takimi, jakimi one faktycznie są. Tak więc polecam ją za: prawdziwość, dystans i unikalność.

Lepiej myśleć niż nie


Kiedy pierwszy raz trafiłam na bloga Bereniki pomyślałam "o, jaka fajna nazwa!" i zostałam. Bo to nie jest zwykły blog lifestylowy, jakich pełno. To blog dla tych, którzy wolą myśleć niż nie. I którzy szukają kontentu naprawdę wysokiej jakości. Z Bereniką dzielimy miłość do filozofii i introwertyzm. Po za tym Lepiej myśleć niż nie pokazuje, że o chorobach psychicznych można mówić normalnie i nie trzeba się tego wstydzić. Polecam za: oswajanie introwertyzmu, zachęcanie do myślenia i treści wysokiej jakości.

Design Your Life


Kolejna "wielka", jednak Aliny i jej bloga także nie mogło tu zabraknąć. To dzięki niej naprawdę zaczęłam ogarniać swoje życie i codzienność. Design Your Life pokazuje, jak organizować się skutecznie i jak podchodzić do planowania, żeby jednak nie stracić spontaniczności życia. Myślę, że warto też zwrócić uwagę na to, że Alina jest taka normalna. W najlepszym tego słowa znaczeniu oczywiście :D Uczy dobrej organizacji, a przy okazji jak nie stracić zdrowego rozsądku i dać sobie luz. Polecam za: normalność, piękne zdjęcia, porady, które nie raz pomogły mi wybrnąć z największego chaosu.

Zdjęcie: Angelo Pantazis/unsplash.com

__________

Hej, śledzisz mnie już na Facebooku i Instagramie? Jeśli nie, to na co jeszcze czekasz? Bądź na bieżąco z nowościami i pozostańmy w kontakcie!

Tak naprawdę do momentu pójścia na studia miałam poczucie bycia człowiekiem "gorszego sortu". Dlaczego? A no dlatego, że przedmioty ścisłe nigdy nie były moją mocną stroną. Fakt, że moje bycie humanistką ograniczało się wtedy właśnie do nielubienia matmy, a przedefiniowanie tego pojęcia nastąpiło dopiero na studiach, ale o tym za chwilę.

Dorastałam w przekonaniu, że dla humanistów poniekąd nie ma miejsca w obecnej rzeczywistości, a ilość zawodów, które mogą wykonywać, jest bardzo ograniczona, podczas gdy dla "ścisłowców" świat stoi otworem. Podejrzewam, że jeśli jesteś humanistką, to też mogłaś odnieść takie wrażenie. Dlatego dzisiaj rozprawimy się z tym dość krzywdzącym mitem. Udowodnię Ci, że nauki humanistyczne są tak samo ważne jak te ścisłe, a przede wszystkim, że bez siebie one nie mają racji bytu.

CO TO WŁAŚCIWIE ZNACZY "BYĆ HUMANISTĄ"?

Na pewno nie "nie lubić matmy", bo jeśli mam być szczera, to za historią też nie przepadałam. W sensie no to było nawet ciekawe, ale uczyć się o dokładnym przebiegu każdej jednej bitwy... W każdym razie świetną definicję humanizmu znalazłam na Wikipedii i pozwolę ją sobie tutaj zacytować, bo sama bym tego lepiej nie ujęła.

Humanizm (z łac. humanus 'ludzki' i gr. ismos 'wiedza, nauka') – nurt filozoficzny lub światopogląd oparty na racjonalnym myśleniu, który wyraża się troską o potrzeby, szczęście, godność i swobodny rozwój człowieka w jego środowiskach: społecznym i naturalnym. Humanizm stawia człowieka w roli gospodarza (w sensie eksploatacji ale także ochrony) środowiska naturalnego, świadomy że człowiek jest jednocześnie elementem ekosystemu Ziemi. Szczególne prawa i obowiązki człowieka wynikają wyłącznie z faktu, że jest on jedyną istotą na Ziemi, która posiada naukę i technologię. Humanizm wyklucza egoizm(indywidualny, państwowy, międzypokoleniowy itd) i postuluje braterstwo i solidarność. [...] Wielu humanistów (w tym ludzi wierzących) postuluje rozstrzyganie dylematów etycznych poprzez odwoływanie się do pojęć uniwersalnych, wspólnych wszystkim ludziom. Poszukują oni źródła prawdy i moralności w człowieku i jego dążeniu do szczęścia.

Tak w dużym skrócie humanista to osoba, która dużo rozkminia o otaczającej go rzeczywistości, przez co często nie może spać. W bardzo dużym skrócie. Jak widzisz w tej definicji nie ma ANI JEDNEGO słowa o matematyce.

HUMANIŚCI I ŚCISŁOWCY - CZY MOGĄ ŻYĆ W ZGODZIE?

Tak sobie myślę, że to świetny temat na rozprawkę szkolną. Moja odpowiedź brzmi - nie tylko mogą, ale też powinni. I żyją, bo, jak wspomniałam wcześniej, ścisłowcom bez humanistów byłoby trudno. Odwrotnie z resztą też. Według mnie na tym polega jeden z poważniejszych błędów edukacji szkolnej - trzymamy się twardego podziału między naukami humanistycznymi a ścisłymi. Przypomina mi się nawet jak kiedyś, w gimnazjum chyba, cała nasza klasa była świadkiem "sporu" między nauczycielem matematyki a panią od polskiego. Oczywiście chodziło o to, co jest ważniejsze - matma czy polski. Dzisiaj, jak sobie o tym pomyślę, to biję się otwartą dłonią w czoło, bo to było TAKIE GŁUPIE! Jednak uświadomiłam to sobie dopiero na studiach, bo tutaj, na uniwersytecie, podejście do tego jest zupełnie inne. Może robi to specyfika kierunku, który studiuję, bo nie jest on ani do końca humanistyczny, ani też ścisły. Jest czymś totalnie pomiędzy. Jeśli kiedyś zdarzyło Ci się zajrzeć do zakładki o mnie, to wiesz, że studiuję językoznawstwo komputerowe. Czuję się wręcz w obowiązku wytłumaczyć, co to takiego właściwie jest, bo do tej pory spotkałam tylko jedną osobę, która naprawdę wiedziała. Posługuję się dziś dużą ilością uproszczeń, ale pozwolę sobie zrobić to jeszcze raz, bo zajmujemy się dużą ilością rzeczy i ciężko byłoby to wszystko zamknąć w jednym zdaniu. Tak więc w dużym skrócie - językoznawstwo komputerowe to przetwarzanie języka naturalnego na potrzeby nowych technologii. Możesz nie zdawać sobie z tego sprawy, ale syntezatory mowy, możliwość robienia notatek głosowych, osobiści asystenci tacy jak Google Assistant oraz możliwość sterowania urządzeniami za pomocą gestów nie powstałyby bez udziału humanistów. Nie jesteśmy bezużyteczni. Bez nas nie byłoby połowy dobra tego świata, jeśli nie więcej. Myślę, że już pora docenić "humanów" i przestać ich deprecjonować, bo nauki humanistyczne są tak samo ważne, jak ścisłe.

Kiedyś trafiłam w Internecie na taki obrazek:



"Nauki ścisłe powiedzą Ci, jak sklonować tyranozaura. Nauki humanistyczne powiedzą Ci, dlaczego to może być zły pomysł." Uwielbiam ten tekst i przytaczam go za każdym razem, kiedy ktoś rzuca mi tekstem typu "humany do maka". Ja sama nie uważam, żeby w pracy w maku było coś nie tak, sama pracowałam tam przez jakiś czas, ale rozumiesz...

CZYM MOGĘ ZAJĄĆ SIĘ JAKO HUMANISTA?

Odpowiedź na to pytanie wywołuje we mnie niemały dreszczyk emocji, bo opcji jest naprawdę wiele. Powiem Ci szczerze, że wybór mojego kierunku studiów to był czysty przypadek i przejaw odwagi, którego sama bym się po sobie nie spodziewała. O mały włos nie skończyłam na filologii. Teraz wiem, że bardzo bym tego żałowała. Wtedy miałam wrażenie, że po prostu nie ma dla mnie innej drogi. Teraz wiem, w jak wielkim byłam błędzie.

Kiedy poszłam na studia, okazało się nagle, że jest tyyyyyyyyyyyyyyyyle różnych rzeczy, które może robić humanista. Zacznę od największego kalibru i powiem, że wielu humanistów odnajduje się w świecie technologii - na przykład jako programiści czy UX designerzy (chętnie rekrutuje się psychologów). Jednak wcale nie musisz przechodzić na "obce terytorium". Możesz, tak jak ja, usiąść okrakiem na płocie lub po prostu zostać na swoim podwórku. Na przykład jeśli lubisz pisać, to być może spodoba Ci się praca copywritera. Generalnie osoby z branży kreatywnej są teraz na wagę złota. Albo czemu nie spróbować swoich sił jako PR-owiec? Lista możliwości jest duża, a humaniści są cenieni przez pracodawców chociażby przez to, że często mają świetnie rozwinięte umiejętności miękkie. Wiele osób po studiach decyduje się zostać na uczelni i zajmuje się nauką. Mi samej nigdy to przez myśl nie przeszło, bo praca naukowca jest strasznie żmudna (wiem, bo czasami pomagamy w badaniach), a ja jednak wolę widzieć efekty swojej pracy dość szybko. Myślę, że warto też zwrócić uwagę na to, że do wykonywania wielu zawodów wcale nie potrzeba wykształcenia wyższego. Jednak o tym napiszę osobny post. Zbliża się maj a wraz z majem matura. Wiem, że wielu maturzystom wybór studiów oraz często decyzja czy w ogóle na nie pójść przysparzają niemałych trudności. Tak więc jeśli jesteś tegoroczną maturzystką to mam nadzieję nieco ułatwić Ci życie.

Ściskam i do napisania!
- A.

Zdjęcie: Emily Rudolph/unsplash.com

__________

Hej, śledzisz mnie już na Facebooku i Instagramie? Jeśli nie, to na co jeszcze czekasz? Bądź na bieżąco z nowościami i pozostańmy w kontakcie!

Nie wiem, czy wiesz, ale na pokładzie samolotu podaje się instrukcje, żeby w razie katastrofy maseczkę tlenową nałożyć najpierw sobie, a dopiero potem swojemu dziecku. Kiedy pierwszy raz o tym usłyszałam, pomyślałam - że co? ale że jak? i totalnie nie miało to dla mnie sensu. Ale teraz ma. Teraz wydaje mi się to oczywiste, że jeśli coś mi się stanie, to nie będę w stanie pomóc komukolwiek innemu. Dlatego też co roku stawiam się obowiązkowo u mojej ginekolożki na cytologię. Oh no i jakoś tak się stało, że moje "co roku" wypada akurat w okolicy 8 marca.

CZEMU NIE PÓJDĘ DO LEKARZA?

Odpowiedź jest prosta - bo boję się, że coś mi znajdzie. Serio, często tak myślę. W ogóle, jeśli zaczyna się dziać coś, co nie wydaje się być zwykłym przeziębieniem czy jakąś inną codzienną przypadłością. No bo to takie logiczne - jak o czymś nie wiem, to tego nie ma. Jestem prawie pewna, że Tobie też się to przytrafiło, a nawet, jeśli nie Tobie, to na pewno wielu Twoim znajomym. W przypadku cytologii też mi się to zdarza. Nic się w sumie nie dzieje, może nie będę się teraz umawiać, pójdę jakoś przy okazji... Jednak cokolwiek by mi do głowy nie przyszło, to i tak spinam pośladki i chwytam za telefon, bo jestem już przecież dorosła i muszę dbać o siebie sama. Po za tym znam - ba, nawet mam w rodzinie - osoby, które walczyły z rakiem (głównie piersi), zmarły na niego oraz takie, które z powodów różnych problemów musiały mieć wycinaną macicę. Nikomu tego nie życzę i sama staram się robić tak, żeby takie historie nie przytrafiły się mnie. Jakaś część mnie stara się wypierać, że jestem w grupie ryzyka, ale faktom niestety nie da się zaprzeczyć.

DLACZEGO WARTO ROBIĆ CYTOLOGIĘ?

Bo pozwala już na wczesnym etapie wykryć raka szyjki macicy. To bardzo ważne, bo ten skurczybyk przez bardzo długi czas może nie dawać żadnych znaków swojej obecności. Rak szyjki macicy wykryty we wczesnym stadium jest wyleczalny w 90% przypadków*. Im później następuje rozpoznanie, tym, no cóż, szanse na wyleczenie robią się coraz mniejsze.

CZY CYTOLOGIA BOLI?

Ani trochę, przysięgam. I nie mówię tego tak jak mama swojemu dziecku przed szczepieniem (które w końcu trochę boli), ale całkowicie serio. Cytologia polega na pobraniu wydzieliny zawierającej komórki błony śluzowej za pomocą specjalnej, elastycznej szczoteczki. Potem lekarz nakłada wymaz na szkiełko i konserwuje specjalnym preparatem. I voilà, gotowe. Kilka minut i po krzyku.

Przegląd podwozia to już mój coroczny zwyczaj z okazji Dnia Kobiet. Jeżeli nie masz ważnej cytologii (czyt. robiłaś ją więcej niż rok temu), to zachęcam Cię do wprowadzenia takiej małej tradycji także u siebie. Tym bardziej, że to nic nie kosztuje, bo cytologia NFZ raz do roku jest za darmo. Po za tym z tego, co wiem, 8 marca wiele placówek medycznych przeprowadza darmowe cytologie. W Poznaniu jest to na przykład szpital przy Polnej.

I tak, ja totalnie rozumiem, że zarobiona jesteś. Masz tyle rzeczy do zrobienia, tylu osobom coś obiecałaś, tyle masz zobowiązań, a wymówek jak stąd na Filipiny. Ja wiem, bo każda z nas jest zalatana. Jednak pomyśl sobie o tej masce tlenowej. Żadnego z tych zobowiązań nie będziesz w stanie wypełnić, jeśli coś Ci się stanie. A nie stanie się tylko Tobie, bo to nie Ty zostaniesz sama. Pomyśl o tym i zanim zrobisz cokolwiek innego, zadbaj o siebie. Postaw siebie na pierwszym miejscu.

A jeśli jesteś facetem, to poczuj się w obowiązku, żeby przypomnieć o Tym swoim bliskim kobietom. I to Ci mówię ja, więc nie masz żadnej możliwości ucieczki.

*dane z bloga Mamy Ginekolog

Zdjęcie: Hanna Postova/unsplash.com

Możesz myśleć, że jesteś jedyną taką osobą, a Twój partner czy partnerka jest wyjątkowy i jedyny taki, ale to nie jest prawda. Wszyscy jesteśmy tacy sami. No, w pewnym stopniu. Jesteśmy identyczni przynajmniej w jednej kwestii - w takim samym stopniu obowiązują nas zasady psychologii i na poszczególne efekty reagujemy mniej więcej tak samo. Możesz być zdziwiona, bo dotyczy to także tych, którzy doskonale zdają obie sprawę z istnienia tych zjawisk. Przejdźmy jednak do konkretów.

KIEDY CODZIENNOŚĆ WYGRYWA Z MIŁOŚCIĄ

Jestem w związku już od kilku lat. Mam też wielu znajomych, którzy mogą się pochwalić naprawdę długim stażem. Początki bycia ze sobą są świetne. Patrzycie na siebie przez różowe okulary, cieszycie się swoją obecnością, każdy jeden dotyk wywołuje motyle w brzuchu. Myślicie tylko o sobie nawzajem. Chcecie, żeby tak cudownie było zawsze. Niestety z czasem zaczyna się robić tak jakby bardziej codziennie. Z rana już nie myślisz o tym, że dziś jest ten szczęśliwy dzień, kiedy w końcu się zobaczycie, a raczej o tym, że trzeba w końcu umyć ten cholerny sedes i co tu zrobić na obiad. I tak w sumie to masz już dość tego wszystkiego. Nigdy nikt nie spytał Cię nawet, czy Ty się na to godzisz. Przecież nie musisz sama ogarniać tego syfu, w związku też nie jesteś sama. Tylko cholera, na niego nic nie działa. I mówisz, i prosisz, i chociaż ostatnio w końcu wyrzucił te cholerne śmieci, to i tak kompletnie nic się nie zmieniło. A masz już dość wiecznego wkurzania się i co najważniejsze - przecież tyyyyyle robisz, a on w ogóle Cię nie docenia! Nakręciłaś się, co nie? To teraz pozwól, że pokażę Ci drugą stronę medalu.

TO, CZEGO NIE WIDZISZ

Przypomnij sobie, kiedy ostatnim razem on coś dla Ciebie zrobił, a Ty tego nie zauważyłaś. Może kupił Ci coś słodkiego, bo chciał Ci sprawić przyjemność, a Ty wkurzyłaś się na niego, bo przecież jesteś na diecie i nie możesz tego jeść. Może próbował ugotować makaron do obiadu, ale zapomniał go posolić, a Ty zamiast docenić wysiłek zrobiłaś mu wyrzuty i wyraźnie dałaś mu do zrozumienia, że Ty nigdy nie zapominasz o soli. Pewnie za jakiś czas znowu będziesz się złościć, że wszystko jest na Twojej głowie.

Daleka jestem od mówienia, że całe zło tego świata jest w Tobie i to Ty jesteś winna temu, że codzienność nie jest tak kolorowa, jak sobie wyobrażaliście. Jednak to Ty możesz być tą, która weźmie sprawy w swoje ręce i zrobi pierwszy krok ku lepszemu. Uwierz mi, że jeśli zobaczy zmianę w Tobie, to jest duża szansa, że on też będzie chciał coś zmienić. Ale po kolei.

CO ZROBIĆ, ŻEBY ZWIĄZEK BYŁ LEPSZY?

Zastanawiałaś się w ogóle kiedyś, dlaczego on nic nie robi, a przynajmniej nie tak, jak Ty byś tego chciała, pomimo Twojego ciągłego gadania? No więc teraz zadam Ci dwa kolejne pytania, tylko dobrze się nad nim zastanów.

Czy w ostatnim czasie pochwaliłaś go, kiedy w czymś Ci pomógł albo zrobił coś tak absolutnie sam z siebie? I kolejne - czy zdarzyło Ci się ostatnio wkurzyć na niego, kiedy chciał coś zrobić, ale mu nie wyszło? Od razu powiem, że to nie są pytania retoryczne i one wymagają odpowiedzi. Bo jeśli na pierwsze pytanie odpowiedziałaś nie, a na drugie tak, to już wiesz, gdzie leży problem. Właśnie to należy zmienić.

Jest takie stare chińskie przysłowie, że jak ktoś nas docenia, to od razu bardziej nam się chce. No dobra, nie ma takiego przysłowia (chyba), właśnie je wymyśliłam. W każdym razie dzięki docenieniu i pochwałom widzimy sens swoich działań. Tak samo odwrotnie. Jeśli wciąż jesteśmy ganieni pomimo tego, że się staramy, to w końcu kompletnie odechciewa nam się robić cokolwiek. Dlatego, jeśli chcemy, żeby ktoś robił coś częściej, to dobrze jest go pochwalić. W psychologii nazywa się to wzmocnieniem pozytywnym.

Jeśli teoria została opanowana, to teraz czas na praktykę. Kiedy następnym razem poprosisz swojego faceta, żeby w czymś Ci pomógł i on to zrobi, to podziękuj mu i dodaj coś miłego - na przykład, że doceniasz albo że sama byś tego lepiej nie zrobiła. Sama na pewno coś wymyślisz. Możliwe, że będzie lekko skołowany, ale to całkiem normalny efekt uboczny.

Tak naprawdę mogłabym na tym zakończyć ten post, ale jest jeszcze kilka rzeczy, które musimy sobie wyjaśnić.

'UWAGA' MOMENT

Po pierwsze nie jest zabronione zwracanie uwagi i mówienie o rzeczach, które się nam nie podobają. Jednak lepiej nie robić tego w złości, a na spokojnie, podczas normalnej rozmowy. Kiedy po raz kolejny przypali ten nieszczęsny makaron, przede wszystkim doceń jego starania i po prostu powiedz mu, że warto od czasu do czasu zamieszać. Zrobił albo powiedział coś nie tak? Powiedz "kochanie, nie podobało mi się, że ostatnio się tak zachowałeś. Wolałabym, żebyś tak nie robił." Nie wkurzaj się, bo to absolutnie nic nie da. No chyba, że jest totalnym bucem, ale z totalnymi bucami to w ogóle nie warto być. W każdym razie kluczem do sukcesu zawsze jest rozmowa. No i zrozumienie, że on też sam może wyprać swoje skarpetki.

Po drugie nie chcę, żeby ten post został odebrany jakoś nie tak, więc chyba powinnam to napisać. Nie jestem psychologiem, ale interesuję się różnego rodzaju zjawiskami i efektami psychologicznymi. Świadomość ich istnienia jest bardzo przydatna zarówno w życiu, jak i w relacjach międzyludzkich. Jednak związek (ani żadna inna relacja) to nie gra. Nie traktuj innych ludzi jak obiekty, nie graj z nimi. Odnośnie wzmocnienia pozytywnego, o którym jest w głównej mierze ten post - nie chwal ludzi bezmyślnie tylko dlatego, że chcesz, żeby zachowywali się w jakiś sposób. Postaraj się raczej NAPRAWDĘ docenić każdą drobną rzecz i może zwracać większą uwagę na to, że ktoś chce i naprawdę się stara, a nie na to, że podczas tych starań powinęła mu się noga. Mając w sobie mniej złości sama będziesz szczęśliwsza, a wasz związek nigdy nie będzie najlepszy, jeżeli przez większość czasu będziecie czuć do siebie tylko żal.

Zdjęcie: Clem Onojeghuo/unsplash.com
Nasz język polski jest strasznie skomplikowany. J.R.R. Tolkien znał ponad 30 języków, ale poległ na nauce polskiego, bo zwyczajnie uważał go za trudny. Mamy wiele struktur gramatycznych słów, a jednak polski jest dość ograniczony i wielu rzeczy nie da się przekazać tak precyzyjnie, jak by się chciało. Trzeba iść albo dookoła albo powiedzieć to samo na kilka różnych sposobów. Pisząc dla Ciebie posty czasem mam wrażenie, że to, jak pogmatwana jest codzienność, czasem przekracza możliwości tego języka. Dlatego piszę ten tekst - żeby wszystko było jasne.

Pierwsza kwestia, o której chcę powiedzieć, dotyczy każdego jednego postu, który do tej pory się tu pojawił oraz każdego następnego. Na pewno zauważyłaś, że w każdym wpisie zwracam się do Ciebie bezpośrednio. Na pewno zauważyłaś również, że zawsze używam rodzaju żeńskiego. Nie, totalnie nie robię tego dlatego, że bloga czytają tylko kobiety i tylko dla nich są przeznaczone moje teksty. Jestem pewna, że każdy, bez względu na płeć, znajdzie tu coś dla siebie. Mimo wszystko mam świadomość, że przez używanie formy żeńskiej nie jeden pan wyszedł stąd nie doczytując nawet do połowy pierwszego postu, w który kliknął. Chciałam tutaj zwrócić uwagę na jedną rzecz. Gdybym używała rodzaju męskiego, to nikt nawet nie zwróciłby na to uwagi, nikt nie pomyślałby nawet, że może ten blog jest tylko dla facetów. Po prostu przyzwyczailiśmy się, że przez zwracanie się do ludzi w rodzaju męskim rozumie się każdego. Więc czemu tak nie może być również z rodzajem żeńskim?

Druga sprawa. Ta już nie dotyczy każdego wpisu, a tylko niektórych z nich. Szczególnie tych poruszających tematy około związkowe. Tak samo, jak całkowicie zdaję sobie sprawę, że mojego bloga mogą czytać osoby każdej płci, tak samo wiem o istnieniu orientacji innych niż heteroseksualna i kompletnie rozumiem, że możesz być z kimkolwiek Ci się podoba. Zwykle jednak piszę o "partnerze", czyli płci męskiej, ale robię to tylko po to, żeby jakoś to wszystko uprościć. Nie da się w jednym słowie zawrzeć wszystkich płci. Szczerze to kiedy w Szwecji wprowadzili rodzajnik oznaczający neutralność płciową wydawało mi się, że to za dużo. Jednak teraz totalnie widzę w tym sens, chociażby jeśli chodzi o precyzyjne wysławianie się.

Jednym słowem. Proszę nie traktować moich tekstów tak bardzo bardzo sztywno. Staram się je pisać w taki sposób, żebyś bez problemu mogła (lub mógł) dostosować je do siebie, bo dla Ciebie je piszę.

Ściskam i do napisania.
-A.

Zdjęcie: Jon Tyson/unsplash.com