Filmy, które oglądałam po kilka razy i które jeszcze mi się nie znudziły


Ostatnio bardzo namiętnie zdradzam filmy z serialami. Serio, dużo bardziej wolę obejrzeć serial. Z kilku powodów. Po pierwsze seriale z reguły mają bardziej rozbudowaną fabułę i poruszają większą ilość wątków. Po drugie bohaterowie są dużo bardziej trójwymiarowi, w takim sensie, że serial daje możliwość lepszego poznania danej postaci i bardziej możemy się z nią zżyć lub ją znielubić. Obserwujemy także pewien progres, to, jak poszczególne postacie się zmieniają. No a po za tym możemy spędzić z samą historią o wiele więcej czasu i wczuć się w nią, co staje się wadą dopiero, kiedy trzeba się z nią rozstać i pozostaje tylko sentyment.

To oczywiście nie oznacza, że filmów nie oglądam. Bo oglądam. Szczególnie, kiedy jestem na bieżąco ze wszystkimi serialami. Filmy mają tę przewagę, że zdarza mi się do nich wracać. Naprawdę, są pozycje, które oglądałam więcej niż raz. Mało tego - jestem w stu procentach pewna, że jeszcze do nich wrócę. I to właśnie im postanowiłam poświęcić dzisiejszy wpis. Pozwól, że nie będę się rozdrabniać na temat filmów typu "Shrek" czy "Harry Potter", bo o nich słyszał chyba każdy. Chociaż muszę powiedzieć, że w "Harrym Potterze" nie wszystkich części się to tyczy. Pierwszych czterech w sumie tylko. Części późniejsze w ogóle mnie nie przekonały i jak dla mnie były o wiele gorsze. Książki przeczytałam wszystkie i tak, jak na papierze moją ulubioną częścią jest "Zakon feniksa", tak na ekranie ciężko było mi obejrzeć ją do końca. Powiem raczej o tych mniej znanych, chociaż nie mówię, że w ogóle nikt o nich nie słyszał. Czy są to moje ulubione filmy? Nie wiem, ale czuję jakąś przyjemność z ich oglądania. W komentarzu koniecznie napisz mi, jakie filmy Tobie tak przypadły do gustu, że oglądasz je regularnie!

GRA TAJEMNIC

kadr z filmu "Gra tajemnic"/The Weinstein Company
No dobra, przyznaję, że ten film obejrzałam tylko ze względu na Benedicta Cumberbatcha. Uwielbiam go, no co zrobisz. I ktoś może powiedzieć, że jestem nieobiektywna, ale ta produkcja to jest majstersztyk. I to nie jest tak, że w ogóle nie mam zastrzeżeń. Bo mam i to dużo. W sumie to może nie dużo, ale duże. Jedno. Bo to jest film o enigmie. I o tym, jak pięknie z jej rozpracowaniem poradzili sobie Brytyjczycy. No właśnie. Tu jest sęk. Bo o Polakach zostało tam ledwie wspomniane. Ale ja staram się patrzeć na filmy, książki, seriale itp. szerzej. Dlatego na "Grę tajemnic" patrzę po prostu jak na film, nie na prawdę historyczną. I pod tym względem jest po prostu cudowny. A Ben do roli Allana Turinga, dziwaka, geniusza i odludka, pasuje wprost idealnie. Chociaż może też dlatego, że dokładnie takiego poznałam go w serialu "Sherlock". Zwykle najbardziej pamiętam filmy (książki, seriale itp.), które wywołały we mnie jakieś silne emocje, tak, jak w przypadku "Opowieści podręcznej" pojawiła się złość. Przy "Grze tajemnic" był podziw dla tego, czego potrafią dokonać ludzkie umysły oraz jak wielka odpowiedzialność na tych umysłach spoczywa. Był też smutek, jakaś taka nostalgia. Bo Allan Turing był gejem. A w tamtych czasach to było przestępstwo. Kiedy to wyszło na jaw, został skazany. Na terapię hormonalną, która miała go wyleczyć. Zamiast tego doprowadziła do samobójstwa. Ułaskawiła go dopiero Elżbieta II. Jakby to ułaskawienie cokolwiek pomogło.

WODA DLA SŁONI


kadr z filmu "Woda dla słoni"/20th Century Fox
Swego czasu miałam fazę na melodramaty, serio. Oglądałam tylko filmy z tego gatunku. To w tamtym okresie pierwszy raz zobaczyłam "Wodę dla słoni". Film o cyrku. I słonicy. Która nie reaguje na żadne polecenia, chyba, że wypowie się je po polsku. No właśnie. Tu pojawia się Robert Pattinson, który do roli musiał nauczyć się kilku zwrotów po polsku oraz polska rodzina na emigracji w Stanach w latach międzywojennych. Jest też romans, miłość i poczucie własności, które w związku nigdy nie powinno się pojawić. To dobra historia. Wzbudza wiele, często skrajnych emocji. Nie jest bardzo ciężki, ale to zdecydowanie nie film, który włącza się, kiedy coś po prostu ma lecieć w tle.

MEGAMOCNY

kadr z filmu "Megamocny"/Paramount Pictures
No dobra, tu musiało się pojawić coś animowanego. Chyba jeszcze tego nie mówiłam, ale uwielbiam czarne charaktery. Zwykle to właśnie czarny charakter bywa moją ulubioną postacią. A czarny charakter jako główna postać to zdecydowanie coś dla mojego serduszka. Megamocny to kosmita o niebieskiej skórze, który wychował się w ziemskim więzieniu, a jego największym rywalem jest Metro Men. Megamocny porywa piękną dziennikarkę, miłość superbohatera i obiecuje w końcu go pokonać, gdy tak naprawdę... wszystko może pójść nie tak.

CZAS NA MIŁOŚĆ

kadr z filmu "Czas na miłość"/United International Pictures
To bardzo przyjemny i lekki film. Jest po prostu mądry i taki... pogodny. To dobra pozycja na wieczór - tak samo samotny jak i we dwoje. Opowiada o rodzinie, w której mężczyźni potrafią przenosić się w czasie. To taka historia z morałem. Bo często mówimy, że chcielibyśmy zmienić coś, co było w przeszłości. Jednak "Czas na miłość" pozwala się zastanowić, czy gdybyśmy mieli taką możliwość to czy faktycznie byśmy to zrobili.

ZANIM ZNIKNĘ


 kadr z filmu "Zanim zniknę"/Fuzzy Logic Pictures
To jest specyficzny film. Z typu tych , których raczej nie oglądam. A ten jednak trafił mi gdzieś głębiej. To produkcja z pogranicza tych ciepłych i tych raczej mało przyjemnych. Główny bohater chce popełnić samobójstwo. I prawie mu się to udaje. Prawie, bo przerywa mu telefon od siostry. Siostry, której nie widział od lat. Prosi go, żeby zajął się jej córką. Bo ona ma kłopoty. Plany o samobójstwie muszą zostać odłożone na później.

GWIAZD NASZYCH WINA


kadr z filmu "Gwiazd naszych wina"/Fox 2000 Pictures
To jeden z tych filmów, których większości ludzi nawet nie trzeba przedstawiać. Dla mnie to sprawdzona pozycja, kiedy potrzebuję po prostu czegoś lekkiego. Ale myślę, że do faktu, że obejrzałam ten film tyle razy, przyczyniła się jeszcze jedna rzecz. Przeczytałam "Gwiazd naszych wina". I połowę tej książki przepłakałam, konkretnie to od sceny na stacji benzynowej. To ładna opowieść. Lekka i ciepła, a jednocześnie taka inna, zupełnie odstająca od schematów. i kiedy usłyszałam, że biorą się za ekranizację, to byłam co najmniej zła. Byłam przekonana, że to schrzanią. No i mnie zaskoczyli. Bo wyszedł naprawdę dobry film. I chyba właśnie przez nieustający zachwyt, że tego nie spierdolili, wracam do tego filmu wciąż i wciąż.

NA ŚMIERĆ I ŻYCIE


kadr z filmu "Na śmierć i życie"/Beneroya Pictures
To film, który, jeśli w ogóle obejrzeć, to na pewno więcej niż raz. Bo za pierwszym razem po prostu oglądasz historię. Za drugim o niej myślisz, a za trzecim czujesz potrzebę ją przemyśleć. To skomplikowana historia oparta na faktach. Film przedstawia wydarzenia, które miały miejsce przed 1944 rokiem, kiedy to miało miejsce słynne zabójstwo Davida Kammerera. To ono splotło losy wielkich poetów tamtych czasów - Allena Ginsberga, Jacka Keroucka i Williama S. Burroughsa. Ważną postacią dla tej historii jest też Lucien Carr, de facto morderca, bez którego wyżej wymieniona trójka być może nigdy by się nie poznała. Miał one też duże znaczenie dla rozwoju Beat Generation. Ostatnio oglądałam ten film wczoraj, właśnie przy okazji pisania tego wpisu. I znowu poczułam to, co napisałam na początku. Ten film za każdym razem uderza po prostu głębiej. Szczerze, to czuję się źle, traktując ten film tak po macoszemu i wplatając go pomiędzy inne, bo uważam, że w pełni zasłużył na osobny wpis. Albo i dwa.

KRAINA LODU

kadr z filmu "Kraina Lodu"/Walt Disney Pictures
dla Olafa.

zdjęcie: Jean-Philippe Delberghe/unsplash.com

0 komentarzy:

Prześlij komentarz