Rzeczy, do których musiałam dojrzeć, żeby zacząć pisać bloga


Generalnie problem jest taki, że mam słomiany zapał. Było wiele rzeczy, które naprawdę chciałam zrobić. Szczególnie w czasie, kiedy próbowałam znaleźć coś, w czym czułabym się dobrze. Zawsze pojawiały się problemy. Różne, ale wszystko i tak sprowadzało się do tego, że rezygnowałam. Mamy tendencję do piętnowania słomianego zapału. Bo jak już się za coś bierzemy, to powinniśmy to doprowadzić do końca. Czymkolwiek ten koniec jest. Tak więc czułam się źle, bo rzucałam wszystko, za co się brałam. Doszłam w końcu do wniosku, że może to dlatego, że żadna z tych rzeczy nie była tym czymś. No i tu jest kolejny problem. Bo co, jeśli ja wiem, że to coś jest tym czymś, a mimo to nie mogę tego skończyć? I tu na scenę wchodzi blog. Brałam się za to kilka razy i tyle samo (minus jeden) razy odpuszczałam. Na szczęście chyba już wiem, co było nie tak. A ta świadomość jest o tyle cenna, że pozwala mi wystrzegać się dotychczasowych błędów. I to nie jest tak, że ja już wszystko wiem i teraz to w ogóle będę najlepsza i za miesiąc będę najsłynniejszą blogerką zgarniającą miliony. Bo nie. Brakuje mi zdecydowanie za dużo. Jednak rzeczy, których się nauczyłam, przydają się nie tyle w blogowaniu co po prostu w życiu.

Nie zamykaj się w ramach

To jest kiepskie. Z moimi blogami właśnie tak było - za bardzo się ograniczałam, co w końcu powodowało, że kończyły mi się tematy na wpisy. Albo szłam w ogóle w drugą stronę - brałam się za za dużo tematów na raz i w końcu gubiłam się na swoim własnym blogu i działo się z nim coś, co sprawiało, że czułam, jakby ten blog był w ogóle nie mój. Już nie mam zamiaru się ograniczać, ale nie zamierzam też robić z tego miejsca śmietnika.

Nie próbuj naśladować innych

Problem #2. Bo musisz wiedzieć, że ja czytuję blogi. W dodatku mam też swoje ulubione. I ja bardzo chciałam mieć bloga takiego jak inni. Tylko to kompletnie nie było to. I kolejna lekcja na dziś - nie próbuj naśladować czyjegoś stylu, tylko odnajdź swój własny. Próbowałam naśladować sposób, w jaki piszą inni. Bo miałam w głowie, że oni odnieśli sukces, więc może to jest sposób. Ale nie. Bo mnie samą bolał fałsz, który z tego płynął, bo to totalnie nie byłam ja. A ja wiem, że osoby z zewnątrz też to czują. Dlatego teraz piszę tak, jak ja. Teraz tylko się inspiruję, ale nie próbuję kopiować, bo to bieg na krótki dystans.

Nic nie przychodzi z dnia na dzień

No dobra, to jest coś, czego wciąż się uczę. Ja jestem w gorącej wodzie kąpana i chciałabym mieć wszystko na już. Często muszę się zmuszać, żeby zabrać się za cele, do których osiągnięcia będę musiała podjąć naprawdę wiele mniejszych działań. A niestety sukces nie spada z nieba. I wiem, że z dnia na dzień mojego bloga nie zaczną czytać tłumy. Wiem, że będę musiała napisać dziesiątki, jeśli nie setki tekstów, żeby ktoś w ogóle o mnie usłyszał. Dlatego postanowiłam zmienić myślenie. Pisanie stało się dla mnie celem samym w sobie. Robię to, bo to lubię, a blog jest tylko dodatkową motywacją. Jeśli coś z tego da, to będzie świetnie. Czas pokaże.

Nie bój się własnego zdania

Tak w sumie to to ogarnęłam tylko połowicznie. Bo już nie boję się swojego zdania. I nie tylko się go nie boję, ale jeszcze nauczyłam się je wyrażać. Kiedyś dosłownie miałam uczulenie na uogólnianie. W sumie to dalej mam, ale nauczyłam się, że czasem i one są potrzebne, bo bez nich moje teksty byłyby tylko chaotycznym bełkotem. Dojrzałam do tego, że mam prawo mieć swoje zdanie i nie każdy musi się z nim zgadzać. Ale dlaczego ogarnęłam to tylko połowicznie? A no bo jakoś mam opory przed wysłaniem linka do bloga znajomym. Chociaż myślę, że to wynika głównie z tego, że za bloga już nie raz się brałam i zwyczajnie nie chcę, żeby ktoś powiedział, że biorę się za to samo kolejny raz i tym razem na pewno też mi się nie uda.

zdjęcie: Trent Erwin/unsplsh.com

0 komentarzy:

Prześlij komentarz